Wiem że to wygląda głupio, ale ponieważ sprawy wciąż wyglądają na niewyjaśnione, pozwalam sobie jeszcze na tych kilka słów.
 
       Wiele osób bardzo namawia mnie do powrotu na Salon24. Przede wszystkim więc muszę wyjaśnić jedną sprawę. Ja nie mam co tam wracać, z tego choćby prostego powodu, że sobie stamtąd nie poszedłem. Ani nie zrobiłem tam publicznej awantury, ani nie obraziłem Administracji i samego szefa pana Igora Janke, ani nie zażądałem usunięcia stamtąd wszystkich moich dotychczasowych notek. A więc nie postąpiłem tak, jak postępują tu od czasu do czasu najróżniejsi z moich blogujących kolegów. Zwyczajnie ogłosiłem, że w związku z tym, że odczuwam ze strony Administracji nieprzyjazną atmosferę wobec mojego bloga, pisać będę tylko na toyah.pl. I tyle.
 
      Wydaje mi się jednak że jakieś dodatkowe wyjaśnienia się należą. Nie Administracji, nie Igorowi Janke – bo oni najwyraźniej to czy ja tam będę pisał, czy nie, mają w nosie – ale czytelnikom, którym zależy i którzy się martwią. Otóż wyjaśniam. Proszę zrozumieć, że dopóki ten blog był popularny o tyle o ile, wszystko było na swoim miejscu. Pisałem tekst, wklejałem go na stronie Salonu, Administracja czytała go i uznawała, że może być i umieszczała go to tu to tam. Na ogół. Przyznaję, że tak się jakoś szczęśliwie złożyło, że większość moich wpisów była promowana na SG. Jak dziesiątki innych wpisów spływających tam każdego dnia.
 
       Mam nadzieję, że nikt kto czyta te słowa nie potraktuje ich jako nieprzyjemnej bufonady, bo jest faktem – miłym dla mnie, przyznaję – ale faktem, nie moją opinią, że po pewnym czasie ten blog stał się jednym z najważniejszych blogów Salonu24. Czy stało się to dzięki Administracji? Owszem – na pewno. Trochę tak. Powiem, że gdyby oni w pewnym momencie go nie wsparli, nic by z niego nie było. Ale jest oczywiste, że nastąpiło to też dzięki temu, że ten blog tę pozycję sobie osobiście wywalczył. To dzięki tym wpisom i dzięki komentarzom, jakie pod tymi wpisami się pokazywały, dzięki ludziom, którzy uznali go za swój, ten blog stał się tym czym się stał. A więc w efekcie również Politycznym Blogiem Roku 2009. I to właśnie dzięki temu blogowi i jego jakości, sam Salon24 stał się platformą, która na swój sposób zdobyła tę nagrodę. Dzięki temu blogowi i dzięki temu, że ona ten blog tak skutecznie doceniła i wypromowała.
 
       W ostatnich miesiącach, kiedy i przez zwykłą, coraz większą popularność, ale też trochę przez tę smoleńską katastrofę, Salon24 tak nieprawdopodobnie zgęstniał, jeśli publikowałem tu nowy tekst, a on trafiał na tzw. podium, w pierwszej chwili czytało go ponad 300 osob jednocześnie, a pod koniec dnia statystyki pokazywały niekiedy ponad 7 tys. odwiedzin. Kim byli ludzie, którzy tu przychodzili? Częściowo oczywiście stali czytelnicy, a więc osoby, które pomogły mu zdobyć ową nagrodę Onetu, ale w większości ci, którzy tylko słyszeli, że jest coś takiego jak ‘toyah’ i wpadli poczytać. Skąd to wiem? Stąd mianowicie, że jeśli z jakiegoś powodu nowy tekst nie trafiał na górę SG, liczba odwiedzin spadała wielokrotnie. Jeśli któryś z tych tekstów nie był eksponowany wysoko, wiele osob nie wiedziało nawet, że na blogu www.toyah.salon24.pl  w ogóle się coś dzieje. Wtedy on był odwiedzany wyłącznie przez tych, którzy by go odwiedzali nawet poza Salonem. A więc doszło do tego, że miałem poczucie, że czy będę pisał tu, czy gdziekolwiek indziej, efekt będzie podobny. I że o ten efekt znów muszę dbać wyłącznie sam, tak jak w pierwszych miesiącach swojej obecności na Salonie. I że w tej sytuacji, kaprysy Administracji nie są mi już do niczego potrzebne.
 
      Ale to akurat nie miałoby może takiego znaczenia, gdyby nie fakt, że za stopniowym wypychaniem tego bloga z miejsca na które on sobie zapracował, nie stała – wbrew temu w co przez pewien czas wierzyłem – jakaś tam polityka właścicieli Salonu, która miałaby na celu powiedzmy większą demokratyzację tego portalu i promowanie nowych blogów, lecz coś znacznie bardziej osobistego. Po prostu doszło do tego, że w pewnym momencie Administracja pokazała mi i osobom ten blog współprowadzącym, że już nie jesteśmy tacy ważni. I to nie dlatego, że od dziś nikt już nie będzie szczególnie ważny, ale że to my akurat już jesteśmy nieważni. Że ten blog, który zasłużył sobie, również u właścicieli Salonu, naprawdę na wiele, będzie teraz zaledwie jednym z blogów, który powinien mieć satysfakcję, że rywalizuje o odpowiednią pozycję z prawdziwymi mistrzami. Przepraszam bardzo, może się mylę, może jestem przewrażliwiony, może jestem zarozumialcy, ale ja zbyt szanuję to miejsce i ludzi którzy tu przychodzą, by dać się aż tak dać traktować.
 
     A więc to są powody, że tak powiem – ambicjonalne. Ale jest jeszcze coś, o czym wcześniej nie pisałem, bo lojalnie uznawałem, że właściciele Salonu mają swoje interesy i muszą ostrożnie reagować. Że wprawdzie oni nie działają wtedy kiedy działać powinni, ale dają nam te możliwości, szanują nas, więc niech im będzie. Są więc dwie rzeczy, o których dziś wypada mi wspomnieć. Pamiętam jak któregoś dnia krakowski dziennikarz Jerzy Stokłosa zagroził mi sądem za to, że go na swoim blogu brzydko nazwałem. Niezwykłym zbiegiem okoliczności, po groźbach Stokłosy pojawiły się nowe, kierowane pod moim adresem już z innej strony i z innych powodów przez sympatyków KPN-u na czele z blogerem Sowińcem. I to już nie tylko groźby sądowe, ale ledwo skrywane groźby użycia wobec mnie przemocy fizycznej. I w tej sytuacji, Administracja i właściciele Salonu, mimo że o wszystkim musieli wiedzieć, nie udzielili mi najmniejszego wsparcia.
 
     Innym razem, już bardzo niedawno, już po smoleńskim nieszczęściu zamieściłem na swoim blogu kilka zdjęć szeroko dostępnych w Internecie. A zatem zrobiłem coś, co tu niemal wszyscy robią z upodobaniem i codziennie. Z powodów ewidentnie politycznych, zareagowała Agora i zażądała od Salonu usunięcia całego wpisu. Administracja zrobiła to gorliwie, natychmiast, bez uprzedzenia, bez dyskusji, nawet bez próby negocjacji. Agora, w sposób absolutnie bezprecedensowy zastosowała cenzurę nie na treści szkalujące, treści nieprzyzwoite, treści obiektywnie groźne, lecz na zwykłe zdjęcia dostępne w Internecie, w tym na zdjęcie dziecka w żałobie! I nawet w tej sytuacji ten blog nie otrzymał ze strony Administracji śladu wsparcia. Jan Pospieszalski zrobił w związku z tym zdarzeniem specjalny program w TVP. Salon24 schował się do dziury. Wtedy myślałem sobie, że – jak mówię – są interesy, trzeba uważać. Dziś wiem, że i w tej poprzedniej sytuacji i w tej kolejnej, Administracja Salonu24zachowała się jak zachowała, ponieważ od pewnego czasu traktuje ten blog jako byt uciążliwy i nieprzyjazny. Jako coś co można w najlepszym wypadku znosić. Dziś nie mam co do tego wątpliwości. Jestem przekonany, że gdyby podobne represje spotkały inne blogi, bardziej bliskie sercu Administracji, jak blog Kataryny, Obserwatora z daleka, czy Starego, czy choćby świeżo odzyskanego Mireksa, by nie wspominać już o na przykład Krzysztofie Leskim – reakcja byłaby o wiele bardziej jednoznaczna. W tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale ja mam swoje lata i już dawno mam tak, że jeśli mam się gdzieś pchać, to jest mi raczej wstyd.
 
     I na koniec. Ja wiem, że wiele osób woli krótszą drogę. I że być może atmosfera Salonujest dla nich bardziej atrakcyjna. I że oni bardzo czekają na moje wpisy właśnie tam. Ale, powiem zupełnie uczciwie, wystarczył jeden dzień, bym tam zajrzał i bym poczuł, ze nie jestem w ogóle u siebie. Czyżby to było zwykłe odurzenie? Nie wiem. Może przyjdzie taki czas, że któryś z właścicieli Salonu zauważy, że jest jakoś inaczej i będzie chciał pogadać. Może. Będzie mi miło. Choć nie powiem, żebym się jakoś szczególnie niecierpliwił.